3, 3, 362 – czyli trzy dni, trzy stolice 362 kilometry

Jednak liczba 3 przynosi mi szczęście. Od kilku dni wszystko na to wskazuje. Stało się.
9 maja o 22.40 w Katowicach Flixbusem, obrałam kierunek Wiedeń. Flixbusy mają przeważnie z tyłu specjalne bagażniki na rowery, ale kierowcy nie chciało się go rozkładać, więc wpakował mój rower do luku bagażowego. Nawet lepiej, przynajmniej nie musiałam się zastanawiać czy rower nadal wisi za autobusem.

Autobus flixbus na dworcu

Oczywiście nie mogło być wszystko idealnie, ponieważ już na samym początku okazało się, że niema mnie, ani mojego roweru na liście pasażerów, mimo tego, że mam bilet na ten właśnie autobus. Wyjaśniło się później, że to błąd systemu. Oczywiście owy błąd dotyczył tylko mnie. Przemiły kierowca jednak nie zrobił z tego, aż tak wielkiego problemu i pozwolił mi jechać. Powiedział, że może mi się nie udać tak łatwo w Bratysławie – tam miałam mieć przesiadkę do innego busa. Tak też się stało. Dzwoniłam bezskutecznie na infolinię. Pozostało mi zwyczajnie udawać głupią. Dzięki temu ponownie bez biletu zapakowałam się do busa i w końcu o 9.00 dojechałam do Wiednia.

Pogoda niestety nie rozpieszczała. Wiedeń przywitał mnie zimnem i deszczem. Przede mną było ponad 100 km. Perspektywa średnia, ale jak wspominałam w ostatnim wpisie, deszcz nie powoduje rozpuszczenia ciała. Do tego byłam świetnie przygotowana na ewentualne opady.

DZIEŃ 1 WIEDEŃ – DUNAKILITI 107KM

Na początku musiałam wyjechać z centrum i “zaskoczyć” po nieprzespanej nocy. Trochę zbłądziłam, ale szybko znalazłam się na najbardziej popularnej trasie w Europie – Eurovelo 6.

Most w wiedniu nad dunajem
Jak widać pogoda nie jest zbyt ciekawa.

Zatrzymałam się na chwile zrobić zdjęcie i stało się. Moja super wodoodporna rękawiczka spadła z mojego siodełka wprost do rzeki i odpłynęła nie machając nawet na pożegnanie. Chciałabym w tym momencie widzieć swoją minę. Nie przejechałam nawet 10 km i już zaczęły się przygody. Kiepsko tak jechać z gołymi palcami w deszczu i zimnym wietrze. Zawsze powtarzam, że potrzeba matką wynalazków. Dlatego kawałek dalej wstąpiłam na stację benzynową i rozwiązałam mój problem braku rękawiczki. Wiem że to obciachowe, ale musiałam sobie jakoś poradzić.

Rękawiczka rowerowa ubrana w foliową

Przez jakiś czas jechałam na szczęście “pod dachem”. Trasa wiedzie pod drogą.

Droga wiedeń

Niestety daszek szybko się skończył. Deszcz dalej napier… a ja jechałam przed siebie, nieustraszona w foliowej rękawicy mocy. Niestety przez intensywne opady nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć. Po jakiś 4 godzinach przestało padać. Trasa do Bratysławy nie jest jeszcze w pełni gotowa. Po drodze napotkałam znak zakaz wjazdu. Byli tam jacyś robotnicy więc zapytałam, czy w drodze wyjątku mogę przejechać, bo inaczej będę musiała nadrobić sporo kilometrów. Panowie nie mieli z tym problemu dlatego odsunęli barierki i przepuścili mnie na tę idealnie prostą drogę.

kierownica na tle ścieżki rowerowej

Po chwili znów zaczął padać deszcz. Na trasie nie było żadnego miejsca, gdzie mogłabym przeczekać. Moja lewa super wodoodporna rękawiczka w końcu przeciekła, więc na drugą rękę również ubrałam zastępczą foliową. Kiedy skończył się asfalt wjechałam w takie błoto pomieszane z gliną, że nie dało się jechać, więc dzielnie pchałam rower. Byłam już trochę zrezygnowana. Nie pamiętam już po ilu kilometrach i gdzie wyjechałam do cywilizacji. Na szczęście zauważyłam myjnię. Zadowolona, że mam czysty rower ruszyłam dalej.

rower na myjni samochodowej

Byłam akurat w połowie drogi. Do Dunakiliti miałam równe 50 km. Ogólnie trasa jest świetnie oznaczona, nawet nie musiałam korzystać z mojego wcześniej przygotowanego gpx’a.

  • Drogowskaz rowerowy zielony
  • drogowskazy rowerowe na tle drogi

Z tej całej zimności i mokrości odcinek tej trasy przejechałam tak po prostu. Bez ochów achów. Droga była dalej prosta i mokra. Tyle. Do Bratysławy dotarłam ok 16.00 deszcz już nie padał. Prognozy również wskazywały na to, że już tego dnia nie będzie więcej opadów. Właściwie było mi już i tak wszystko jedno. Przede mną tylko 27 km.

  • Rowerzystka nad rzeką
  • Dunaj i zachmurzone niebo
  • Dunaj w Bratysławie i zachmurzone niebo
  • Dunaj w Bratysławie i zachmurzone niebo
  • zielony most nad dunajem

W Dunakiliti byłam jakoś przed 18. Ostatnią godzinę jechałam w słońcu. Taki dostałam prezent na koniec dnia. Udało mi się nawet wyschnąć, a przyklejone do mnie błoto odpadało kawałek po kawałku z każdym przejechanym metrem. W pensjonacie niestety nie było gdzie umyć roweru. Przemiła pani przyniosła mi malutką miskę i szczoteczkę. Uśmiałam się z tego strasznie, właściwie to ona też, ale przystąpiłam do dzieła. Do tego miałam sporą publiczność sąsiedzką zza płotu. Zostałam cudownie ugoszczona i przede wszystkim nakarmiona. Domowe dżemy i swojski chlebek. To była poezja dla mych kupek smakowych.

DZIEŃ 2 DUNAKILITI – KOMÁRNO 108 KM

Magiczne miejsce. Nie pamiętam kiedy ostatnio się tak wyspałam. Odsłoniłam okno i powitało mnie słońce na tle błękitnego nieba. Czułam, że to będzie dobry dzień. Po wspaniałej kawie i śniadaniu ruszyłam w stronę kolejnego punktu – Komarno. Tym razem nocleg po słowackiej stronie.

Na początku jechałam szutrową drogą przez las, później trasa Eurovelo wiodła równolegle do jezdni. Była to wąska droga oddzielona pasem zieleni oraz drzewami. Trasa jest ciągle prosta, bez żadnych wzniesień dlatego na liczniku bardzo szybko zwiększa się liczba kilometrów. Mimo wszystko jest ciekawie. Do tego pierwszy raz w mojej rowerowej karierze zdarzyło się, że wiatr wiał mi w plecy. Po drodze spotkałam niesamowitą rodzinkę. Jechali Eurovelo z Portugalii. Podziwiam. Zawsze było moim marzeniem jechać w taką długą podróż rowerową. Ale spokojnie, wszystko przede mną.

Dziewczyna na rowerze. Ścieżka rowerowa

Na niebie znów pojawiły się chmury, ale wierzyłam w prognozy i nie nastawiałam się, że będzie powtórka z poprzedniego dnia. Stwierdziłam, że nie będę się spieszyć. Jechałam, można powiedzieć dość leniwym tempem. Zwiedzałam okoliczne wioski i bardzo powoli jadłam drugie śniadanie.

Pomidor humus i rozkrojona bułka. Obok butelka wody
Śniadanie na wypasie.

W połowie drogi miałam dłuższą przerwę. Ponieważ dojechałam do Győr i chciałam troszkę głębiej zobaczyć to miasto.

  • Ratusz w gyor i rower
  • rzeźba męszczyzna w łódce
  • rzećba na tle zachmurzonego nieba

Byłam w wielu historycznych miastach, nie koniecznie przyjaznych i niekoniecznie ładnych, ale Győr. To miasto jest tak prawdziwie ładne i olśniewająco czyste. Panuje tam ład i harmonia. Sercem miasta jest barokowy plac główny zwany Széchenyi tér z licznymi zabytkami. Większość otaczających plac budynków pochodzi z XVII i XVIII wieku – niektóre są pięknie odrestaurowane.

Na placu Dunakapu tér odbywają się największe wydarzenia w mieście. Przy brzegu Dunaju postawiono pomnik Pulse, wielkie wypukłe lustro, które obraca się powoli i ukazuje panoramę placu w 360 stopniach.

Osoba na rowerze przed okrągłym lustrem. W odbiciu niebo

Z Győr wyjechałam przez zaplecze tego pięknego miasta – tereny przemysłowe, które już tak piękne nie są. Ale przynajmniej nie trzeba było jechać główną drogą. Niebo znów zaczynało wyglądać tak, jakby miało się zaraz rozpadać. W miejscowości Bábolna zrobiłam sobie kolejny krótki przystanek na uzupełnienie kalorii i oczywiście złapał mnie przelotny 15 minutowy deszcz. Tym razem miałam gdzie się zatrzymać. Przekoczowałam opad na przystanku.

Rower na piaskowej drodze

Z Bábolnej do Ács jechałam częściowo polnymi drogami. Jechał za mną jakiś samochód i trochę mnie to niepokoiło, ponieważ wokół nie było nikogo innego. Miałam wrażenie jakby mnie śledził. Kiedy się zatrzymałam, on też się zatrzymał. Szybko przeanalizowałam mapę i zaczęłam kierować się do najbliższych zabudowań. On nadal jechał za mną. Przyznaję miałam pietra, bo nie wiedziałam czego się spodziewać. Ale jak już dojechałam do jakiegoś osiedla, on po prostu zawrócił. Oczywiście moja wyobraźnia ciągle pracowała i zbudowała z tego mężczyzny w samochodzie – seryjnego, węgierskiego zabójcę, który jeździ po polach i lasach w poszukiwaniu samotnych rowerzystek.

Musiałam znów się zatrzymać i odreagować tę sytuację. Czekolada bardzo mnie uspokaja.

Dojechałam do Komárom. Jest to miasto graniczne połączone mostem z Komárno po Słowackiej stronie. Oba te miasta w żaden sposób mnie nie zauroczyły. Mimo tego, że uwielbiam miasta w których są mosty to było jakieś takie nijakie. Do tego po Słowackiej stronie (tam, gdzie miałam nocleg) nie mogłam znaleźć żadnego otwartego sklepu. Były tylko same knajpy i kasyno na kasynie. Jechałam dodatkowe 4 km do supermarketu na obrzeżach miasta. Kiedy wróciłam posiedziałam jeszcze na ławce w promieniach słońca. Spałam w pensjonacie Duna. Bardzo miłe miejsce, aż nie pasujące do tego miasta.

  • Most w miejscowości Komarno
  • Most w miejscowości Komarno
  • Widok na dunaj w słoneczny dzień

Dzień 3 KOMÁRNO – BUDAPESZT 147KM

Trzeciego dnia musiałam wyruszyć trochę wcześniej. Przede mną był najdłuższy dystans wyprawy. Także o 8.00 byłam już gotowa. Na początku musiałam się kawałek wrócić na węgierską stronę miasta. Na ostatnim odcinku mojej trasy oznaczenia nie były już tak częste, więc moja zaplanowana trasa w gpx była całym systemem operacyjnym misji. Pogoda dopisywała. Słońce i drobne chmury nie zwiastujące deszczu.

dziewczyna nad rzeką
Pierwszy przystanek w Dunaalmás. Wtedy już wiedziałam, że to będzie dobry dzień.

Trasa miejscami prowadziła głównymi drogami, dlatego na początku nie jechało się najlepiej. Przejeżdżające obok mnie samochody nawet nie zwalniały. Nie trwało to długo, bo wkrótce wjechałam do miasteczka Ostrzyhom jednego z najstarszych miast na Węgrzech. W moim odczuciu bardzo klimatyczne i przyjazne.

  • Rower z sakwami w zabytkowej uliczce
  • Zabytkowy zamek

W miasteczku wjechałam na piękny odcinek trasy Eurovelo. Chyba najbardziej mi się podobał z całej wyprawy. Trasa była przy samym brzegu Dunaju. Taka trochę dzika, nie wybrukowana, momentami dziurawa, krzaczory i kamole. Wolę takie trasy od świetnie przygotowanych płaskich jak stół. Do tego krajobraz nieco górski.

rower nad brzegiem rzeki

Jak widać pogoda się tak poprawiła, że na letniaka mogłam jechać przez większość trasy. 10 kilometrów później musiałam przepłynąć promem na drugą stronę Dunaju do miejscowości Szob. Mogłam co prawda zostać po prawej stronie rzeki, ale w internetach wyczytałam, że druga strona jest ciekawsza.

  • dziewczyna na promie
  • Wejście na prom, na drugą stronę dunaju

Po przeprawie przez Dunaj zaczęło się robić bardzo widokowo. Droga nie była już płaska było kilka podjazdów w które musiałam włożyć trochę więcej wysiłku.

  • Statek na rzece
  • Dunaj

Po jakiś 80km zaczęłam być zmęczona. Musiałam chwilę odetchnąć. Bo przede mną był jeszcze spory kawałek. Chciałam sobie zrobić ładne zdjęcie. Usiadłam na murku i nie zauważyłam rynienki, która była po jego środku. Na domiar złego rynienka wypełniona była wodą. Chyba nie muszę kończyć co sobie zmoczyłam.

Dziewczyna na murku w pomarańczowej bluzce. W tle góry i rzeka

Także ruszyłam dalej z mokrym tyłkiem. Od Vác do Dunakeszi jedzie się przez parki i różnego rodzaju kempingi przyklejone do brzegu Dunaju. Ciągnie się także piaszczysta plaża, przy której jest wiele klimatycznych ogródków piwnych. Bardzo fajne miejscówki na weekendowy biwak.

  • Chmury nad dunajem
  • czarne chmury nad dunajem

Końcówka trasy była dosyć problematyczna ( nie było żadnych oznaczeń, natomiast moja trasa gpx prowadziła przez mega ruchliwą drogę bez pobocza). Spotkałam parę francuzów, która również próbowała ominąć ten niebezpieczny fragment. Niestety nie znaleźliśmy na mapie, żadnej innej alternatywy, na ominięcie bardzo ruchliwego odcinka. W ostateczności pojechaliśmy razem. Dotarliśmy do Budapesztu, ale nie oznaczało to końca trasy. Na moście rozstaliśmy się życząc sobie wzajemnie powodzenia. Przede mną było jeszcze parę kilometrów. Przejechałam przez imponująco długi most, znalazłam się na ostatniej prostej. Byłam już naprawdę trochę zmęczona. W nogach miałam 140 km.

Dziewczyna z rowerem na moście w Budapeszcie
Zdjęcie zrobione na moście Margit hid w centrum Budapesztu.

Ale udało się!!! O 19.20 dotarłam w jednym kawałku z trochę spaloną twarzą do Budapesztu przejeżdżając 362 km w 3 dni, zaliczając 3 kraje i 3 stolice, spędziłam 20 godzin w siodełku i spaliłam 7195 kalorii.

Pozostało mi tylko znaleźć zarezerwowany hostel. Trochę to trwało – widać moje lekkie zbłądzenie na ostatnim odcinku trasy. Ten dzień nie mógł się tak skończyć, dlatego po doprowadzeniu się do ładu i opowiedzeniu współlokatorom moich trzech cudownych dni, poszłam jeszcze pozwiedzać i coś w końcu normalnego zjeść. O dziwo po godzinie 22 ciężko znaleźć jakąś otwartą knajpę z jedzeniem. Ale napatoczył się jakiś narożny “turek”, więc coś tam znalazło się bezmięsnego.

  • Budapeszt nocą
  • Piwo na tle nocnego miasta
  • Budapeszt

Poniżej moja trasa w całej okazałości

mapa trasy Wiedeń Budapeszt

DZIEŃ 4 BUDAPESZT

Powrotnego flixbusa miałam o 22.40, więc został mi jeszcze cały dzień na zwiedzanie. Szczerze, to zwyczajnie mi się nie chciało. Zostawiłam w hostelu rower i poszłam się zrelaksować do słynnych łaźni Budapesztu. Wybrałam te które były najbliżej – Łaźnie Lukács. Wyczytałam, że łaźnie Lukács powstały pod koniec XIX wieku. Wody z tych łaźni potrafią wyleczyć wszelkie schorzenia. Całe podwórko term wypełnione jest tablicami, na których opisane są cudowne uzdrowienia dzięki tym źródłom.

Łaźnie Lukács w Budapeszcie. Budynek
Z zewnątrz jak i w środku panuje taki architektoniczny klimat.

Spędziłam tam chyba ze trzy godziny. To było ukojenie dla moich zmęczonych nóg. Wróciłam po rower i postanowiłam jeszcze pojeździć trochę po tym pięknym mieście. Budapeszt jednak przypadł mi do gustu. Myślałam, że będę chciała jak najszybciej stąd uciekać. Jak wcześniej wspominałam lubię miasta w których są mosty. Budapeszt ma ich aż 10 dlatego jest moim numerem 2 tuż za naszym Wrocławiem.

  • Widok z mostu na pudapeszt
  • Budynek Parlamentu w Budapeszcie
  • Most w Budapeszcie

Bardzo zaciekawił mnie pewien pomnik. Buty nad brzegiem Dunaju. Jest to pomnik stanowiący pamiątkę po ludziach, którzy zostali rozstrzelani w czasach holokaustu, a ich ciała wpadły do Dunaju.

Buty nad brzegiem Dunaju w Budapeszcie

Strasznie nie chciało mi się wracać. Najchętniej jechałabym dalej, aż do Morza Czarnego. Następnym razem będę wiedzieć że trzy dni to za mało. Właściwie w ostatni dzień się dopiero rozkręciłam. Nazajutrz o poranku byłam już w domu zakochana w Eurovelo.

8 thoughts on “3, 3, 362 – czyli trzy dni, trzy stolice 362 kilometry

  1. Witam. Super relacja. 🙂 Jak i Twojei wszystkie 🙂 Następnym razem proponuję jechać z Bratysławy do Budapesztu drugą stroną rzeki. Jest super ścieżka na wale do samego Komarno. Polecam także powrót z Budapesztu do Zakopanego przez Słowację. Przepiękne widoki i super trasa. Pozdrawiam 🙂

    1. Dzieki😀 myślę że skorzystam z opcji Budapeszt – Zakopane, ale kiedy…? Tyle nowych planów w głowie do zrealizowania…

      1. Nie dziwie się. Też mam milion tras w głowie. 😉 Jakby co to może wspólny wyjazd? Albo służę pomocą. Mam gpx i inne atrakcje z wyjazdu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *