Bajkowa jesień w górach – z Brennej na Klimczok

Z natury jestem marzycielką, czasami czuję się jak w innym świecie. Nie przejmuję się tym co będzie, często podejmuję spontaniczne decyzje, które zwykle okazują się trafne. Jest 16 październik, pogoda jest tak rozpieszczająca, że trudno mi w to uwierzyć. Coś jest w powiedzeniu „Polska złota jesień”. Kiedyś nie byłam tak wrażliwa na piękno natury, ale teraz… Teraz dostrzegam najmniejsze szczegóły otoczenia dookoła. Uwielbiam leżeć na łące i patrzeć w niebo, słuchać ciszy. Nie tracąc tej wspaniałej aury, wybrałam się w ciepły wtorkowy dzień w pobliskie góry. Była to dosyć spontaniczna decyzja, dlatego nie dopracowałam mojej wczorajszej trasy. Powiedzmy, że ramowo określiłam plan, ale niestety troszkę za późno się wybrałam i nie udało mi się go w pełni zrealizować. Mimo tego jestem usatysfakcjonowana, bo jak zwykle wróciłam w pełni nacieszona widokami.

Widok na góry w jesiennych kolorach
Dziewczyna i rower na tle panoramy gór

Pojechałam do Brennej, zaparkowałam w centrum, szybko zrzuciłam rower i w drogę. Od razu znalazłam się na zielonym szlaku prowadzącym na Horzelicę 797 m n.p.m.. Na początku jak zawsze przyjemny podjazd. Najpierw asfalt potem szuter, następnie trzeba zejść z roweru i pchać go pod górę. To była pierwsza z wielu części nie przemyślenia mojej trasy. Ponieważ pchanie trzynastu dodatkowych kilogramów pod dosyć stromą górę do najłatwiejszych nie należy. Dodatkowo zawsze mam ze sobą co najmniej dwa litry wody, coś do jedzenia i podstawowe narzędzia rowerowe, co daje dodatkowe trzy kilogramy na plecach. Na prostej drodze, czy na niezbyt stromych podjazdach właściwie się tego nie odczuwa, ale na takim podejściu jakim się znalazłam, każdy gram ma znaczenie. Na szczęście nie trwało to zbyt długo, bo po jakimś czasie szlak zielony połączył się z czarnym, który również prowadził z centrum i był znacznie łagodniejszy, myślę, że gdybym wcześniej wpadła na to aby nim pojechać to spokojnie bym wjechała, a nie weszła. No, ale cóż. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Kontynuowałam jazdę zielono czarnym szlakiem do Starego Gronia 754 m n.p.m.

Rowerzysta jedzie po górskim szlaku jesienią

Po drodze minęłam drewnianą 12 metrową wieżę widokową. Rozciągają się z niej widoki na Dolinę Hołcyny i Brennicy, Skrzyczne, Równicę, pasmo Stożka oraz Czantorii. Dla spragnionych wiedzy o zwierzętach oraz ptakach zamieszkujących Beskid Śląskich postawiono tablice informacyjne. Jest również mapa szlaków mtb.

Kawałek dalej postanowiłam zrobić krótki odpoczynek. Pech chciał, że w udo ugryzła mnie pszczoła. Także trochę czasu zajęło mi wyciągnięcie żądła. Takie małe ugryzienie a tak boli. Trudno, przecież nie będę rozpaczać. Pojechałam dalej czarnym szlakiem na Grabową 907 m n.p.m. Widoki były tak bajkowe, że zapomniałam o ugryzieniu.

Rower oparty o słupek z oznaczeniami szlaku. Niebieskie niebo i złota trawa

Na Grabowej skręciłam w prawo na czerwony szlak. Kolejnym punktem był Kotarz 974 m n.p.m. Droga na Kotarz była łaskawa i całkowicie przejezdna dla mojego roweru więc dostałam się tam bardzo szybko. Spacer obok roweru, a czasami z rowerem na plecach rozpoczął się od Chaty wuja Toma do Siodła pod Klimczokiem. 2,3 km pchałam białego rumaka pod ostre kamieniste podejście.

Śmiałam się sama z siebie, bo musiało to bardzo komicznie wyglądać. Do tego miałam towarzystwo dwóch sympatycznych panów, którzy bardzo mnie dopingowali. Ale o dziwo, żaden z nich nie wpadł na pomysł, żeby mi chociaż plecak ponieść. Z reguły jestem samowystarczalna i radzę sobie doskonale w kryzysowych sytuacjach, ale wtedy naprawdę bym nie odmówiła pomocy ;-).

Widok na skrzyczne

Kiedy już dotarłam do siodła pod Klimczokiem 1042 m n.p.m. czekało mnie jeszcze jedno wzniesienie, na szczyt Klimczok 1117m n.p.m. Udało mi się wjechać do ok 1/3 wysokości, dalej niestety musiałam znów rower prowadzić, ale już nie było tak hardcorowo jak wcześniej. Po jakiś 10 minutach byłam już na samej górze.

Zawsze nie mogę się nadziwić, że kiedy jest się dzieckiem wszystko wydaje się większe. Kiedyś przyjeżdżałam w te rejony z rodzicami i ta góra była taka ogromna. Wtedy w moich odczuciach było to niczym zdobycie K2. Ostatni raz na Klimczok wybrałam się w zeszłym roku i właściwie tutaj wbiegłam, bez większych trudności. Teraz wjeżdżam, a właściwie wchodzę tu z rowerem. Niestety zdjęcie na szczycie, które robił mi nietrzeźwy turysta w sombrero nie wyszło. Ale jaki to był fascynujący człowiek. Rozmawialiśmy dłuższą chwilę na szczycie po prostu o życiu. Miał bardzo podobnie wolną duszę jak ja. Niestety słońce było już coraz niżej i musieliśmy się rozstać, bo zmierzaliśmy w przeciwnych kierunkach, a nie uśmiechało mi się zjeżdżać w ciemnościach.

Zachód słońca nad beskidami złota trawa

Ruszyłam żółtym szlakiem w dół na Trzy Kopce 1070 m n.p.m. Zachodzące słońce oświetlało promieniami ozłocone jesienią drzewa. Miałam ochotę zostać tam póki słońce nie zajdzie. Następnym razem bardziej się przygotuję i wezmę ze sobą lampkę.

Zachód słońca nad beskidami na pierwszym planie rower na złotej trawie
Rower oparty o drogowskaz na trzech kopcach wiślańskih

Jesień w górach jest niesamowita, można przenieść się w całkowicie inny wymiar. Musiałam jednak troszkę przyspieszyć, bo czas do zachodu słońca pędził nieubłaganie. Jadąc dalej żółtym szlakiem dotarłam do schroniska na Błatniej 892 m n.p.m.Tam jeszcze na chwilę usiadłam na ławce i rozkoszowałam się ostatnimi promieniami słońca. Już było wiadomo, że ostatnią część trasy pokonam po ciemku więc już nie było sensu się spieszyć. Dalej podążałam już zielonym szlakiem na Wielką Cisową.

Rower oparty o drogowskaz na Błtniej

Oczywiście jadąc z cisowej w kierunku Brennej zgubiłam zielony szlak i zjechałam z prędkością światła stromą asfaltową drogą troszkę dalej niż zamierzałam. Dzięki czemu pobiłam chyba swój rekord prędkości. Cała trasa liczyła niespełna 30 km ale naprawdę zostałam w pełni nasycona jesiennymi widokami.

Według prognoz tak piękna słoneczna jesień powinna się utrzymać jeszcze przez jakiś czas, więc na pewno szybko wrócę w góry.

2 thoughts on “Bajkowa jesień w górach – z Brennej na Klimczok

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.