Jest ciemno, ale spokojnie. Przez uchylone okno mojego kampera wpada chłodne, górskie powietrze. Słychać tylko wiatr, który szeleści w świerkach i czasem porusza czymś na dachu, jakby chciał mi przypomnieć, że jestem tu tylko gościem. Śniło mi się, że jadę – w górę, przed siebie, bez celu. A kiedy budzę się nad ranem, nie jestem pewna, co było snem, a co rzeczywistością. I w sumie – czy to ma znaczenie?

W górach czas płynie inaczej. Granice między tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne, zacierają się. One są wieczne – surowe, milczące, niewzruszone – a my w ich oczach jesteśmy tylko chwilą. Maleńkim oddechem, który pojawia się i znika.
Właśnie dlatego tu wracam. Bo kiedy wszystko inne traci sens, góry przypominają mi, kim jestem. I że to w zasadzie wystarczy.

Przejechana trasa:
Mapa

Kampera zaparkowałam na niewielkim parkingu przy drodze, biegnącej z Cortiny d’Ampezzo w zasadzie to taka zatoczka, bo poniższy parking był zatłoczony i płatny. Jak dla mnie za dużo. Niepozorny start – trochę asfaltu, potem wąska droga trawersująca zbocze, widoki jeszcze uśpione. Ruch znikomy, nie wiem skąd tyle samochodów na parkingu skoro nikogo tutaj nie ma. Powietrze jest jeszcze rześkie, ale słońce wyraźnie daje do zrozumienia, że dzień będzie dobry.


Nie spieszę się to już któryś dzień z kolei na rowerze i ewidentnie czuję, że nogi powoli nie dają rady. Co jakiś czas przerwa. Łudzę się że wegańskie galaretki i żele energetyczne dodadzą mi dziś energii. Czuję, że dziś jest ten dzień kiedy to miałam rozłożyć leżak nad rzeką i zwyczajnie nic nie robić. Poczytać książkę i robić drzemki po każdym zjedzonym posiłku. Ale tego jeszcze się uczę. Uczę się odpoczywać, a raczej uczę odpoczywać moje ciało, bo widok gór oraz ta cisza relaksuje moje neurony jak nic innego na świecie. Nagle z daleka dostrzegam czarny punk, z każdym przejechanym metrem nabiera bardziej wyrazistych kształtów. Osioł, a właściwie to dwa.


Szybko z asfaltu odbijam w szutrową drogę. Łąki, przez które prowadzi trasa, aż kłócą się swoją sielanką z monumentalnością gór, które wyłaniają się znad nich. Szczyty strzegą tej doliny, jakby trzymały ją w dłoniach, nie pozwalając jej zniknąć. Widoki z każdym kilometrem stawają się coraz bardziej majestatyczne. Mimo, że docieram do momentu, gdzie zamyka się pętla, którą zaplanowałam, coś każe mi jechać wyżej i wyżej.

Pojawia się krótki, ale konkretny podjazd – stromy, choć niezbyt długi. Prawdziwa uczta zaczyna się jednak wyżej, gdy krajobraz coraz bardziej się otwiera. Szutrowe drogi poprowadzone przez górskie zbocza, z widokami zapierającymi dech, sprawiają, że moje zmęczone ciało staje się naturalne, lekkie, prawie nieświadome tego wysiłku.

Docieram do Parco Naturale Fanes-Sennes-Braies – widoki są tu tak rozległe, a szczyty jakby rozmawiają ze sobą echem i milczeniem. Nie próbuję ich nawet nazywać. Jest ich tyle – surowych, pięknych, dumnych – że samo przebywanie tu jest wystarczające.


Wszystko idzie dobrze. Powietrze pachnie latem i żywicą. I nagle… zmiana. Pojawiiają się chmury. Ciężkie, ciemne, takie, które nie pozostawiają złudzeń. Chwilę później lunęło, jakby góry postanowiły przypomnieć mi, że to one tu rządzą.
Zjeżdżam do schroniska, tutaj nie pada. Jeszcze. Jakimś cudem wyprzedziłam deszczową chmurę. Ale zmierza tutaj. Wiem to.

Jadę dalej, ale za jakieś dziesięć minut dogania mnie, nie dając litości. Zatrzymuję się w kolejnym schronisku Rifugio Fodara Vedla – klimatyczne miejsce, prawie puste, ciche. Kawa zwyczajna, ale smakowała wyjątkowo. Przez okno patrzę na deszcz i zastanawiałam się, jak to możliwe, że jeszcze przed chwilą wszystko było takie spokojne. Może o to właśnie chodzi – by nie próbować niczego zatrzymywać. Przychodzi, mija, zostawia ślad. Jak wszystko.

Zjazd ma kilka twarzy. Najpierw kamienisty singiel – w sam raz, by przypomnieć, za co kocham górskie szlaki. Potem bardziej stromy i kręty szuter, a na koniec znajomy już asfalt. Droga powrotna, która zamknęła pętlę tej wycieczki.

Nie miałam konkretnego celu. I nie potrzebowałam go mieć. Tak po prostu lubię. Przejechałam tę trasę z zachwytem, bez pośpiechu. Poczułam jak zawsze lekki niedosyt – i to chyba najpiękniejsze zakończenie. Bo właśnie ten niedosyt sprawia, że już w głowie układam plan na kolejne wyjazdy.
Jaki ten dzień był DOBRY🙏

