Listopadowa utrata urody. Ochodzita czy Barania Góra?

Sobotni wieczór, ja siedzę na dywanie rozkminiając budowę kosmicznego robota górniczego, podobno ma mieć ruchome ręce i nogi, obracającą się piłę tarczową oraz odrzutowy plecak na plecach. A do tego może też robić różne miny. Chyba LEGO mnie pokonało. Z niespełna 327 klocków, docelowo powstać ma figurka postaci, której do końca nie rozumiem. Lego ma jednak zaletę, w zasadzie wszystkie elementy pasują do siebie jak ulał i zawsze można ułożyć coś nowego i ciekawego. Wczesnym rankiem zarwana noc dosadnie o sobie przypomina, promienie słońca wpadają przez szpary w żaluzjach świecąc mi prosto w lewe oko. Na niebie jasny błękit z kilkoma białymi plamami roztartych chmur, a nad głową głodny kot. Jeszcze 5 minut. Na dywanie nadal klocki, część złożona w asymetryczną bryłę przypominającą górę, a pozostałe niechlujnie rozsypane w chaosie. Coś z nich zbuduję.

Znam chyba wszystkie oznaczone jak i nie oznaczone szlaki wokół Baraniej Góry. Jednak sam szczyt tejże góry o dostojnie brzmiącej nazwie, nie było dane mi zdobyć jeszcze ani razu na rowerze. Fakt byłam z buta, ale tylko raz. Barania Góra to jeden z tych demonów, które we śnie przychodzą i chowają się pod łóżko albo wchodzą do szafy. Jeżdżąc po Beskidzie Śląskim, zawsze gdzieś miałam ją na oku, ale wcale mnie tam nie ciągnęło, choć bywałam bardzo blisko. A Ochodzita? Cóż… Szczyt, który raczej nigdy mnie nie interesował ze względu na popularność, przereklamowanie i możliwość zdobycia go idąc w szpilkach czy klapkach. Nawet nazwa jakby nakazuje obchodzić tę górę z daleka.

Obszar Beskidu Śląskiego

Jak nazwa wskazuje Beskid Śląski, znajduje się na Śląsku. Kiedy spojrzysz na mapę zobaczysz, że graniczy z Beskidem Śląsko-Morawskim, Beskidem Żywieckim, Kotliną Żywiecką i Beskidem Małym. Jeśli jesteś tu pierwszy raz, wszystkie informacje na temat Beskidu Śląskiego znajdziesz w pozostałych wpisach na temat tegoż pięknego regionu –>TU

Przebieg trasy: KAMESZNICA – BARANIA GÓRA – KAROLÓWKA – OCHODZITA – KAMESZNICA

Mapa

Kamesznica 466 m n.p.m.

Dostania się na Baranią Górę jest kilka wariantów, ale najlepszym do podjazdu jest start z wioski Kamesznica. Dlatego standardowo auto ląduje na kościelnym parkingu w tejże wiosce należącej do gminy Milówka. Nieopodal parkingu rozpoczyna się czarny szlak prowadzący na prawie samiuśką Baranią Górę.

Fajkówka 712 m n.p.m.

Na początku typowa wiejska asfaltówka, najpierw w zabudowie domków, natomiast dalej w otoczeniu pachnącego wilgocią lasu. Podjazd bardzo przyjemny o niedużym nachyleniu. Tak mogę jechać! Myślę.

W dalszej części szlaku do czarnego dołącza zielony z Węgierskiej Górki, natomiast wraz ze wzrostem wysokości już tak kolorowo nie jest. Zdążają się krótkotrwałe wypychy, a brunatne błota sugerują raczej obejście ścieżki między drzewami. Fragment czarnego szlaku, tuż za ostatnimi zabudowaniami kolonii Fajkówka, to już srogi wypych, ale jest na szczęście możliwość objazdu szerokim szutrem.

Świat na wprost szarzał tracąc kolory, natomiast linia Beskidu Żywieckiego jeszcze odbija promienie słońca.

Mimo, że szlaki na Baranią Górę należą do tych bardziej popularnych w Beskidach, to panujący tu szary półmrok potęguje wrażenie dzikości tego miejsca. Nie spotykam nikogo. Z nieba zaczyna lecieć coś w rodzaju mżawki, a kamienisty szlak zamienia się w potok. I tak miejscami brodzę prawie po kostki w wodzie i dziękuję, że ktoś wynalazł wodoodporne skarpety.

Nie boję się nocy w lesie, ale mgła to zupełnie inna historia. Zbyt dużo cieni i błysków, do tego w dzień las jest jakby głośniejszy. Widzę tylko kilkanaście metrów przed sobą. W standardowym schemacie horrorów, których akcja rozgrywa się w lesie, ofiara przeważnie jest obserwowana przez potwora, tudzież zabójcę, następnie powoli potęgowany jest strach, a potem ucieczka w popłochu.

Biegnie co sił w nogach, potyka się o wszystko co staje na drodze, a oprawca idąc spacerkiem i tak ją dogania. Na koniec zostaje atakowana od tyłu. Standardzik. Nie odwracam się żeby nie tworzyć zbędnych imaginacji.

Wierch Wisełka 1197 m n.p.m.

Na skrzyżowaniu czarny szlak się kończy, natomiast na sam szczyt Baraniej Góry biegną aż trzy kolory: czerwony, niebieski i zielony. Las jest wyjątkowo niespokojny, zewsząd dobiegają ciche szmery i trzaski, korony drzew targa silny wiatr zrzucając z nich krople wody. Zaś spomiędzy pni wypełza jeszcze większa szarość, która chce wessać mnie do środka. Nagie drzewa wyglądają jak martwe, a wszystko to niesamowicie ponure, czarne i monstrualne.

Barania Góra 1220 m n.p.m.

Barania Góra jest drugim najwyższym szczytem Beskidu Śląskiego. Na szczycie jest wieża widokowa, ale rezygnuję z wejścia, bo wiatr, bo zerowa widoczność, bo to bez sensu. U góry jednak spotykam koneserów listopadowej pogody, ich czerwone policzki i ubłocone buty wskazują na to, że wejście od drugiej strony też łatwe nie było. Jak wspominałam na Baranią jest kilka opcji wejścia:

  • niebieski z Wisły Czarne
  • czerwony z Węgierskiej Górki
  • czarny z Kamesznicy

Wreszcie po przełamaniu lęków i walki z demonami spod łóżka, staję na szczycie góry, którą moje szlaki omijały aż do dzisiaj. Widoków brak, zimno, mokro i wieje, tak że głowę ma urwać. Lecz nie dramatyzuję. Nie mam na to żadnego wpływu. Choć liczyłam, że z wrażenia będę sobie pluć w brodę, że tak długo to odkładałam. Wracam trzykolorowym szlakiem, który jest też częścią słynnego kulturowego Szlaku Habsburgów. Zaznaczony jest charakterystyczną literką H z koroną.

Wierch Równiański 1160 m n.p.m.

W okolicach Wierchu Równiańskiego teren zwykle jest podmokły, dlatego poukładane są belki chroniące obuwie wędrowców przed ubrudzeniem. „Na pewniaka” wjeżdżam na drewnianą kładkę. To błąd. Okazało się, że nie jest to podest stały, lecz pływający. Naciskam na hamulec. Kolejny błąd. Staję stopą na jedną z belek i tym samym zanurzam się do poziomu kostki.

Po drodze mijam jeszcze dwa pływające mosty, lecz tym razem „bierę se to poleku”. Dalsza część to bardzo przyjemny zjazd. O dziwo nie jest aż tak ślisko jak się spodziewałam.

Wkrótce jednak rozpoczyna się klasyczna Beskidzka rąbanka. W bucie przelewa się woda, raz więcej w palcach a raz na pięcie. Po szlaku znów płynie rzeka, a ja walczę o przeżycie. Ale jakaż to przyjemna walka.

Przysłop pod Baranią Górą 951 m n.p.m.

Tuż przed przysłopem pod Baranią Górą kamieni jakby mniej. Ponoć serwują tu znakomite wypieki, ale perspektywa wyjścia z ciepłego schroniska na ten ziąb, do tego z chlupoczącym butem jest średnia. Dlatego póki ciało przystosowane do zimna jadę dalej.

Tuż koło schroniska szlaki rozgałęziają się. Czerwony – Główny Szlak Beskidzki leci dalej, natomiast zielony i niebieski odbija w moim kierunku. Po drodze całkiem ładna kapliczka pamiętająca czasy Habsburgów.

Pod Karolówką 901 m n.p.m.

Na rozjeździe szlaków pod Karkolówką pojawia się cień szansy, a raczej błysk na zachód słońca. To jakby otwarły się niebiosa czy jak wolisz bramy piekieł i zaprosiły mnie na ucztę zmysłów. Gdyby taka scena ukazała się w filmie pewnie za tło robiłyby dźwięki dzwonków i sopranowe śpiewy „Alleluja!”

Zjazd niebieskim szlakiem, jest całkiem przyzwoity.

Okazuje się, że nie wszędzie jest tak mokro. W powietrzu unosi się jeszcze zapach jesiennego lasu. Wiatr zwolnił na tyle, że słychać delikatny drewniany stukot uderzających o siebie twardych i wyschniętych łodyg traw.

Nie ma już wielkich błyszczących kałuż ani śliskich kamieni. Jest za to całkiem ładny widok pojawiający się od czasu do czasu zza gołych drzew.

Tyniok 891 m n.p.m.

Dalsza część niebieskiego szlaku okazała się być bardzo ciekawym singlem. Niestety szybko się kończy. Wyjeżdżam na asfaltową dróżkę na zboczu szczytu Tyniok. Wtem góra ta pokazała mi się w słońcu, w ciepłych brązach i ciemnych zieleniach. Ochodzita dała nadzieję na zachód słońca.

W trakcie asfaltowego zjazdu odsłania się też panorama na Beskid Żywiecki. Zaliczam podjazd pod karczmę u stóp Ochodzitej. Skąd już blisko na szczyt.

W trakcie krótkiego podjazdu po ażurowych płytach z prostokątnymi otworami, mijam budkę z Burgerami. Nigdy tego nie pojmę, jak można takie miejsce okleić wizerunkiem uśmiechniętych krów, szczęśliwie pasących się na górskich halach. Czy tylko ja tego nie czaję?

Ochodzita 895 m n.p.m.

Docieram na szczyt w odpowiednim momencie. Chmury przypominają wielki spodek kosmiczny, natomiast przedzierające się przez nie słońce tworzy poświatę jakby otwarcia wrót. Stojący na zboczu ludzie czekają, aż wyjdą „zielone ufoludki”. Mimo, że mam w swej pamięci miejsca piękniejsze, nawet nie posiadające własnej nazwy, to ten niecodzienny widok zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Coś jednak jest w tej Ochodzitej. Z pewnością tutaj wrócę.

Linia horyzontu w żadnym miejscu nie jest wyraźna. Z bliska widzę tylko czarne niewielkie pagórki, natomiast dalej góry giną gdzieś w niebieskościach odległych o wiele kilometrów. Przy ładnej pogodzie widoki sięgają na wszystkie strony świata. Panorama 360 obejmuje Tatry, Beskid Żywiecki, Beskid Śląski i Małą Fatrę.

Kiedy już wysiedziałam swoją kolej na ławce zakochanych, przejeżdżam nieco wyżej pod słynną, bardzo fotogeniczną bramę.

Świętości też tu nie brakuje.

Ochodzita jednak nie taka zła. Może nie potrzebnie stworzyłam sobie obraz miejsca, w które nie warto jechać. Jest niezwykła i posiada swój wyjątkowy urok. Dojadam ostatnie zmarznięte kostki czekolady, wielka dziura w niebie powoli się zasklepia, a słońce całkowicie znika za chmurami.

Do Kamesznicy wracam tuż przed totalnym zmrokiem. Takie to Listopadowe tracenie urody.

Jaki ten dzień był DOBRY🙏

Podsumowanie

  • Stopień trudności: trasa jest trudna, pomijając trudne warunki pogodowe i morze błota, to sam zjazd z Baraniej Góry do najłatwiejszych nie należy
  • Dystans: 28,3 km
  • Przewyższenia: 1052 m up.
  • Czas:  jeśli styl jazdy nie przypomina mojego, czyli totalny slow ride, myślę że 3 godzinki
  • Oznaczenia szlaków: 10/10
  • Najlepsze miejsce widokowe: Ochodzita
  • Najlepszy zjazd: niebieski od Karolówki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.