Mam nowy plan:)

Wybrałam się dziś na dobrze mi już znaną trasę. Kierunek zalew Rybnicki. Nie wiem czy każdy tak ma, ale ja bardzo sentymentalnie podchodzę do niektórych miejsc. Śmiało mogę powiedzieć, że kilka lat temu właśnie na tej trasie mnie olśniło, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Te drzewa mają coś takiego w sobie, że przychodzą różne myśli do głowy. Wspominając i myśląc o tym jak będzie wyglądać moje „singielskie” życie wpadł mi do głowy pomysł. Samotna wyprawa z sakwami. W lesie jeszcze nie wiedziałam gdzie, ale muszę gdzieś pojechać. Jechałam dalej i zastanawiałam się jaki obrać kierunek. Analizowałam Mazury, Bory Tucholskie i inne piękne miejsca w Polsce. Ale jakoś tak mi to nie pasowało. Cały czas ciągnie mnie gdzieś dalej. {Bardzo zainspirowała mnie pewna dziewczyna, którą poznałam w ukochanych Palowicach podczas wycieczek konnych}.

Trzy lata temu czytałam o szlakach Eurovelo, natknęłam się na nie planując wyprawę rowerową wzdłuż linii brzegowej Bałtyku. Oglądałam mapę europy z zaznaczonymi szlakami i szukałam trasy, która by mi odpowiadała. Pierwsze co mi wpadło do głowy to rzucam wszystko jadę gdzieś na miesiąc. Ale to była bardzo krótka myśl. Biorąc pod uwagę, że ma to być moja pierwsza samotna wyprawa postanowiłam wybrać jakiś odcinek, który nie sprawi mi większego problemu, nie będzie oddalony o kilka tysięcy kilometrów i tak na jakieś cztery, pięć dni. Myślałam o Włoszech potem Austrii. Najpierw sprawdzałam jak się dostać do punktu startowego z rowerem, nie angażując nikogo innego. Ale zawsze był jakiś problem. Wertując internet kilka dni w końcu znalazłam.

Rzuciłam sobie wyzwanie: „Trzy stolice, trzy dni, trzysta trzydzieści trzy kilometry”. Nie oznacza to, że mam jakąś obsesję na punkcie liczby trzy.

Wiedeń, Bratysława Budapeszt. Wszystko sprawdziłam, trasa w większości biegnie wzdłuż Dunaju i podobnie jest świetnie przygotowana, przynajmniej odcinek z Wiednia do Bratysławy. Niestety o dalszej części jest mało informacji. Trudno. Co będzie to będzie. Mam już zaplanowaną trasę i termin więc zostaje mi tylko liczyć na dobrą pogodę. Zarezerwowałam bilet u przewoźnika Flixbus na 9 maja o godzinie 1.15, a powrót z Budapesztu 12 maja o 22. Czyli w czwartek ok 9.30 będę w Wiedniu gdzie zacznę i powrót w niedzielę wieczorem, a właściwie to nad ranem w poniedziałek.

Pozostała mi kwestia podzielenia trasy na trzy dni oraz noclegów, bo szczerze mówiąc, raczej majowe noce jeszcze nie są aż tak ciepłe, więc postanowiłam zrezygnować z opcji namiotu. Poza tym dobrze się wyspać w łóżku.

Na pierwszy dzień zaplanowałam 102 km. Czyli pierwszego dnia zaliczę już trzy państwa hehe. Pojadę z Wiednia przez Bratysławę do małej miejscowości Dunakiliti. Drugiego 103 km, punktem docelowym będzie Komárno po stronie Słowackiej przez Győr. Ostatniego dnia wisienka na torcie 140 km do Budapesztu. Wyszło troszkę więcej niż 333 km, bo chcę zobaczyć kilka miejsc po drodze, ale niech już nazwa wyprawy zostanie, jest fajna. Zobaczymy jak wyjdzie w praktyce, jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żebym zrobiła mniej kilometrów niż zaplanowałam.

Jest dopiero marzec a ja już nie mogę się doczekać. Jest mały problem. Moi rodzice. Jak oni to przełkną. Dlatego zawsze wolę najpierw działać a potem informować, aby nie słyszeć pytań typu: „sama”, „ale jak to”, „po co” itd. wszystko rozumiem, martwią się, ale na litość boską mam trzydzieści lat. Do tego jest to bardzo blisko i nie będzie mnie zaledwie kilka dni. Już od jakiegoś czasu wszędzie jeżdżę sama i za każdym razem słucham tego samego. Tak wiem wg stereotypów powinnam mieć już męża i dwójkę dzieci, albo myśleć o jakiejś stabilizacji życiowej. Ale wiecie co, ja tego chyba nie chcę. Nie wiem czy wpłynęło na to bolesne rozstanie, ale na chwilę obecną zaczynam żyć. Wydaje mi się, że nie jest to obowiązkowe. Dobra dosyć tej rozprawy na temat mojej egzystencji. Byle do maja:).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *