Mini bikepacking cz. 2 – Szczawnica – Rabka Zdrój

Pierwszą część znajdziesz tu : Mini bikepacking cz.1 – Nowy Sącz – Szczawnica

Dzień 3 Szczawnica – Ochotnica Górna

Poranek w Szczawnicy przywitał mnie pełnym słońcem na tle błękitnego nieba. Wiedziałam, że to będzie dobry dzień. Ze względu na burzę, która zaskoczyła mnie dzień wcześniej, postanowiłam dziś nadrobić część trasy, której nie udało mi się wczoraj w pełni zrealizować. Dlatego szybkie ogarnięcie śniadania, oderwanie z roweru większych kawałków błota i w drogę.

Początek mojej trasy nie był zbyt ambitnym pomysłem, ale najszybszym na nadrobienie strat. Trasą stoku narciarskiego Palenicy wepchałam rower na Szafranówkę. Wtedy doszłam do wniosku, że nazwa Palenica pochodzi od od patelni. Kiedy dzielnie pchałam rower na górę, słońce delikatnie podpiekało mnie z każdej strony jak naleśnika na rozgrzanym teflonie.

stok wyciągu

Wypiłam wtedy większość wody jaką ze sobą miałam, ale widoki rekompensowały pot, spływający mi z twarzy aż do kostek.

panorama górska

Od Szafranówki niebieskim szlakiem granicznym, przypominającym morze błota jechałam w kierunku Wysokiego Wierchu. Potem szlak zaczął piąć się ostro w górę. To było miejsce gdzie zaliczyłam najbardziej hardcorowy wypych tego wyjazdu. Potem okazało się, że owy pagórek można było objechać. ale już było po ptokach.

szlak w górach

Dużą stratę energii wynagrodził mi widok jaki czekał po wyjeździe z lasu.

osoba stoi i podziwia widok

Mam wyjątkowe szczęście do przedzierania się przez stada owiec. Jest to bardzo ciekawe doświadczenie. Lubię te zwierzęta, są nawet przyjazne.

stado owiec

Jak łatwo się domyśleć po łące, którą przed chwilą przeszło jakieś 400 żywych kosiarek, jest mnóstwo błota pomieszanego z bobkami, które bardzo skutecznie przyklejają się do bieżnika. Oczywiście później ta owcza maź powoli odpada i leci w różnych kierunkach nie omijając okolic twarzy.

opona rowerowa

Niebieski szlak Pod Huściawą to malownicza polana, na której prócz podziwiania widoków znakomicie wyczyściłam opony.

osoba jedzie na rowerze

Nigdy nie widziałam Trzech Koron z tej perspektywy.

panorama górska

W takim miejscu jak to, można zobaczyć nieskończoną ilość odcieni zieleni. Każdy gatunek drzewa, każde źdźbło trawy, tworzy wspólnie niepowtarzalny krajobraz.

panorama górska

Pod Wysokim Wierchem znajduje się bacówka, jest to jeden z tradycyjnych szałasów pasterskich. Wtedy rozpoczęłam wypych na Wysoki Wierch. Od tej strony nie widziałam innej możliwości jak wytrwałe pchanie do celu.

bacówka w górach

Wysoki Wierch

Wysoki Wierch ma niespełna 898 m n.p.m. leży w grzbiecie Małych Pienin, a przez jego wierzchołek przebiega granica polsko – słowacka. Wzniesienie to jest bardzo urzekające pod względem widokowym. Do tego ta ławeczka. Mam słabość do tych drewnianych siedzonek.

osoba siedzi na ławce

Spędziłam tam chyba z pół godziny. Widziałam, że nad Tatrami kłębią się burzowe chmury, które ewidentnie zmierzają w moją stronę.

panorama górska na tatry

Nie było to wtedy ważne. Liczyło się tylko tu i teraz, nad głową niebo, pod nogami trawa, ciało nie nie było tylko moją własnością, lecz stało się częścią tego momentu. Czas się dla mnie zatrzymał. Wiedziałam, że jestem tu gdzie mam w tej chwili być. Taki właśnie jest Wysoki Wierch.

panorama górska

Ale trzeba się ocknąć i jechać dalej. Z Wysokiego Wierchu zjechałam żółtym szlakiem, który okazał się być bardzo łagodny

osoba jedzie na rowerze

i oczywiście widokowy.

panorama górska

Trzy Korony towarzyszą mi cały czas gdzieś w oddali. To taki punk orientacyjny.

panorama górska

Po tej rozległej polanie jechałam aż do Przełęczy pod Tokarnią.

osoba jedzie na rowerze po łące

Będzie burza?

Zatrzymałam się na wzgórzu, a na niebie ukazał się ten głęboki granat, który nie zwiastował nic dobrego. Przynajmniej dla samotnej rowerzystki. Zastanawiałam się chwilę, jechać czy nie jechać?

chmury burzowe

Kiedyś wspominałam, że przetrwałam już raz burzę w górach i niechętnie bym to powtórzyła, ale jak to mówią: kto nie ryzykuje ten nie jedzie. Dlatego wskoczyłam na czerwony szlak i dalej po zielonym dywanie rozłożonym na moją cześć, pojechałam w stronę burzy.

łąka

Może jazda rowerem po otwartej przestrzeni, kiedy wszystkie prognozy mówią, że za chwile dupnie jest mało odpowiedzialne, ale liczyłam na szczęście, które czasami mi dopisuje w takich sytuacjach.

ścieżka w lesie

Czerwony szlak wkrótce zaprowadził mnie do lasu. Przynajmniej nie widziałam granatowego nieba i nie układałam sobie dramatycznych filmów w głowie, jak to znów leżę w rowie, czekając na śmierć, a wiatr łamie drzewa tuż nad moją głową.

ścieżka w lesie

W planach było rozkoszowanie się tym odcinkiem trasy, bo słyszałam, że jest bardzo urokliwy, ale niestety. Deszcz i dudnienie burzy gdzieś w oddali, sprawił, że bardziej skupiałam się na ucieczce przed niewiadomym, niż na podziwianiu.

ubłocony rower

Droga do Przełęczy pod Klasztorną Górą, była dosyć upierdliwa, mam tutaj na myśli, takie głębokie błoto wymieszane z kamieniami i patykami, po którym niekoniecznie łatwo się jeździ.

błoto na szlaku

Trzy Korony wyłoniły się zza zakrętu, a tuż poniżej kawałek dachu, który był mi bardzo potrzebny jakieś pół godziny wcześniej.

trzy korony

Z nieba leciały już resztki deszczu, a grzmoty ustały. Ale i tak usiadłam na chwilę, dziękując losowi, że znów mnie oszczędził.

Trzymając się nadal czerwonego szlaku, zjechałam do Czerwonego Klasztoru, a następnie pojechałam na stare śmieci, do Sromowców Niżnych. Pogoda w miarę się ustabilizowała, dlatego wpadłam na pomysł, aby objechać jeszcze Jezioro Czorsztyńskie dookoła, a dopiero potem, przez Lubań jechać do Ochotnicy.

drogowskaz w górach

Zamek w Niedzicy

Ze Sromowców do Niedzicy najlepiej jechać Velo Dunajec – uważanym za jeden z piękniejszych szlaków rowerowych w Polsce. Muszę się sama o tym przekonać, mam nadzieję, że wkrótce wybiorę się na przejechanie całego.

Mój wjazd na zaporę wywołał spore zainteresowanie wśród spacerujących osób, chyba to przez błoto, które odpadało nie tylko z mojego roweru… Znalazł się nawet fotograf który ułożył mnie w tej dziwnej pozie.

osoba siedzi na murku na tle zamku

Podarowałam sobie zwiedzanie zamku, ponieważ byłam tam już ze trzy razy. Zamek to średniowieczna warownia, znajduje się na prawym brzegu Zbiornika Czorsztyńskiego. Jak każde miejsce tego typu, owiane jest tajemnicą i legendą. W tym przypadku to historia o nieszczęśliwej miłości i duchach. Ale jeśli nie byliście zachęcam do odwiedzenia i dowiedzenia się więcej.

zamek czorsztyn

Pogoda zrobiła się już idealna i mogłam rozpocząć odcinek trasy, który korcił mnie od dawna. Ścieżka rowerowa wokół Jeziora Czorsztyńskiego.

oznakowanie rowerowe

Nie było do końca jak sobie wymarzyłam. Znowu zaczęło zbierać się na deszcz, ale stwierdziłam, że na trasie pojawią się jeszcze takie miejsca, gdzie będę mogła spokojnie przeczekać.

parking rowerowy

Niestety. Tutaj złapało mnie oberwanie chmury. Lało, lało i lało. Ostatni raz taki deszcz spotkał mnie w Tajlandii. Nie miałam zbytnio wyjścia, więc jechałam dalej. Miejsce do przeczekania deszczu, na które liczyłam nie pojawiło się za zakrętem.

velo dunajec

Bywa i tak

Kiedy już byłam cała mokra, mym oczom ukazała się drewutnia? W każdym razie suszyły się tam deski. Wcisnęłam się do niej razem z rowerem. Choć i tak nie miałam już nic suchego uznałam, że jednak poczekam, aż przestanie lać.

osoba siedzi w drewutni

Po jakimś czasie (może ok 40 min) przestało padać. Miałam więc trochę czasu na opracowanie innej trasy do Ochotnicy. Zrezygnowałam z przeprawy przez Lubań, bo po takim opadzie mogłoby być bardzo błotniście, a nie miałam już na to dziś ochoty.

osoba jedzie na rowerze w deszczu

Trasa Velo Czorsztyn jest naprawdę świetnie przygotowana. Na ścieżkach tego typu zastanawia mnie jedynie, po co te barierkowe ogrodzenie. Koszt jednego przęsła barierki U-12a to jakieś 300 zł. Można było tą kasę przeznaczyć na budowę kolejnego miejsca przystankowego.

ścieżka rowerowa

Przejechałam tylko połowę Velo Czorsztyn, ze względu na zmianę planu, który urodził się podczas deszczu.

Huba

Zdecydowałam dostać się do Ochotnicy niebieskim szlakiem, przez Kotelnicę. Szlak rozpoczyna się w wiosce Huba. Prócz pięknego krajobrazu, za plecami nie było nic ciekawego.

panorama górska

Niebieski szlak krzyżuje się z czerwonym, którym miałam przyjechać z Lubania.

drogowskaz w górach

Czerwonego szlaku trzymałam się do Studzionek, potem burczenie w brzuchu nakazało mi zjechać asfaltem do Ochotnicy.

droga w lesie

Jedzenie było priorytetem, dlatego szukaniem jakiegoś spania zajęłam się później. Nie było problemu ze znalezieniem wygodnego łóżka.

rower na mostku

Dzień 4 – Ochotnica Górna – Rabka Zdrój

Uwielbiam poranki w górach. W powietrzu czuć taką świeżość, szum potoku powoli zanika wśród odgłosów ćwierkających ptaków, a kawa rozpuszczalna smakuje niczym włoska moka przygotowana przez najlepszego baristę.

Przełęcz Knurowska

Tak rozpoczął się czwarty dzień mojej wycieczki. Niestety ostatni. Z Ochotnicy Górnej krętym asfaltem bardzo leniwie dojechałam do Przełęczy Knurowskiej. Od razu przywitał mnie widok na Tatry, w całej swej majestatycznej okazałości.

panorama górska

Początkowo czerwony szlak przypominał koryto wyschniętej niedawno rzeki.

droga w lesie

Później już nie było takie wyschnięte, bo pojawiły się kwitnące zielone kałuże, zadomowione przez żaby.

droga w lesie

Ze względu na to, że to ostatni dzień, chciałam, aby trwał jak najdłużej, dlatego wykorzystywałam każde napotkane ciekawe miejsce na łapanie promieni słońca.

osoba siedzi na słońcu

Wiadomo, że podjeżdżając, zawsze najlepsze widoki są za plecami, więc warto się co kawałek odwracać.

osoba siedzi na tle panoramy górskiej

Turbacz zbliżał się nieuchronnie, a ja wydłużałam ten czas gdzie tylko się dało.

drogowskaz w górach

Polana Zielenica

Bardzo podobała mi się Polana Zielenica pod Kiczorą. Widok aż zachęcał, aby znów wyłożyć się na trawie i po prostu patrzeć na Tatry. Ale to już by była przesada, bo nie ujechałam zbyt wiele od ostatniego siedzenia. Czerwony szlak ma to do siebie, że w wielu miejscach jest po prostu przejezdny.

osoba jedzie na rowerze

Choć są momenty, gdzie nachylenie po prostu nie pozwala wjechać, więc pchnie jest obowiązkową przyjemnością.

kierownica roweru

Hala Młyńska

Chmur zaczynało przybywać, ale już nawet nie sprawdzałam prognoz. Mój ostatni dzień miał być idealny, bez deszczu.

panorama górska

Tej ławki na Hali Młyńskiej nie mogłam odpuścić. Idealne miejsce, aby znów jeść.

osoba siedzi na ławce w górach

Szlak obfituje także w ciekawy krajobraz.

szlak w górach

Zza drzew ciągle widać Tatry.

szlak

Drzewa pożarte przez kornika, nadają specyficznego klimatu.

szlak

Hala Długa

Hala Długa to już wlasciwie ostatnia prosta do schroniska.

góry

Otwarta przestrzeń jaka towarzyszy w tym podjeździe jest niesamowita. Można dosłownie poczuć, że się oddycha.

osoba na rowerze w górach

Schronisko pod Turbaczem

Tuż przed schroniskiem, na Hali Wolnica znów zostałam otoczona przez stado owiec.

stado owiec

Tym razem miałam wrażenie, że mnie nie widzą. Kosząc w zwartym szyku trawę ocierały się o moje nogi i rower.

owce

Ostatnie metry dzieliły mnie od schroniska, pomyśleć, że niespełna dwa tygodnie minęły od mojej ostatniej wizyty w tym miejscu.

schronisko na turbaczu

Tym razem się przygotowałam i wzięłam ze sobą naklejki. Na szybko zjadłam szarlotkę, bo jakoś nie miałam nastroju przebywać wśród ludzi, a było dosyć tłumnie tego dnia, ale chyba wszyscy szli inną drogą bo na szlaku którym jechałam spotkałam raptem pięć osób.

skrzynka pocztowa

To jest chyba najbardziej klasyczne zdjęcie ze schroniska.

drogowskaz na turbaczu

Turbacz

W drodze na szczyt, tak samo jak ostatnio towarzyszą mi Tatry, lecz już bez ośnieżonych wierzchołków.

panorama

Na szczycie było sporo osób, więc szybko się stamtąd ewakuowałam.

turbacz

Zjazd czerwonym szlakiem opisałam we wpisie Niezwykłe Gorce – Turbacz w roli głównej. Zapewniam, że nic się od tamtej pory nie zmieniło.

panorama górska

Nawet kamieni jest tyle samo.

szlak górski

To jeszcze nie koniec

Zrobiłam jeszcze krótki przystanek pod Rozdzielem (tak opisane jest to miejsce na mapie). I tam już do mnie doszło, że to prawie koniec. Tak bardzo nie chciałam wracać. Zawsze mam ciężko z powrotami do domu. W takich momentach, przychodzą mi do głowy nowe pomysły na kolejne tripy. Tak stało się i tym razem. Jeszcze jeden nie dobiegł końca, a ja już miałam w głowie kolejny.

osoba siedzi na pniu

W końcu ruszyłam, trzymając się nadal czerwonego szlaku. Po drodze mijałam schronisko na Starych Wierchach, ale nie wchodziłam do środka, czułam jeszcze smak turbaczowej szarlotki w ustach.

schronisko górskie

Przy tym drogowskazie, trzeba nieźle wygiąć szyję, aby coś zobaczyć.

oznaczenie szlaków

Kolejnym schroniskiem do którego nie weszłam była Bacówka na Maciejowej, która tak naprawdę znajduje się na polanie Przysłop.

osoba jedzie na rowerze

Dalsza część szlaku to taki chill out. Szeroka droga między zielonymi pagórkami.

panorama górska

Mamo jeszcze 5 minut…

Ostatni przystanek… Słońce tak przyjemnie grzało, że jeszcze musiałam się chwilę porozkoszować. Moja ekipa transportowa już czekała w Rabce zastanawiając się, dlaczego tak długo zajmuje mi dojazd.

osoba siedzi na ławce

Widok z balkoniku tajemniczej chatki.

panorama

Rower po czterech dniach intensywnych kąpieli błotnych. Spisł się na medal. Mimo trudnych warunków nie miałam po drodze żadnej awarii.

ubłocony rower

Rabka Zdrój

Ostatnia prosta do Rabki była bardzo przyjemna, póki nie wjechałam do centrum. Na dzień dobry remont drogi, hałas i smród wylewanego asfaltu – witaj cywilizacjo.

szlak górski

Rower wrzuciłam do fontanny. Żart, ale przydałaby mu się taka solidna kąpiel.

osoba z rowerem przy fontannie

Mapa

Podsumowanie 4 dni

Mimo, że Beskid Śląski mam właściwie pod nosem, to Beskid Sądecki, Pieniny i Gorce są zdecydowanie moimi ulubionymi górskimi terenami w Polsce. Pomysł na tego tripa był strzałem w dziesiątkę.

  • Długość trasy 224 km.
  • Czas 4 dni, na spokojnie. Można to ogarnąć szybciej, ale po co. To nie jest wyścig.
  • Przewyższenie 5231 m.
  • Waga roweru z całym ekwipunkiem 17 kg.
  • Poziom trudności – średni. Bywają momenty wymagające więcej uwagi, są odcinki, gdzie morze kamieni zalewa cały szlak i trzeba się przespacerować. Bywały ciężkie wypychy. Są też asfalty, które czasami przeszkadzają, a czasami pozwalają odetchnąć od kamienistych rąbanek.
  • Najlepsze miejsce – dla mnie to okolice Bacówki nad Wierchomlą (zachód słońca wymiata), Schronisko Magóry (wspaniali gospodarze i jeszcze lepsze jedzenie), Wysoki Wierch w Małych Pieninach i oczywiście Gorce.
  • Gdzie spać – ja wybrałam noclegi w pensjonatach. Nie rezerwowałam nic wcześniej, bo nie wiedziałam gdzie ostatecznie zakończę dzień, wiadomo pogoda może zaskoczyć i trzeba zmienić plany.
  • Najlepiej w taki trip wyruszyć samemu, po drodze poznaje się wiele fantastycznych osób, można dużo przemyśleć, a przede wszystkim oderwać się od codzienności.

Jeśli macie jakieś pytania, potrzebujecie więcej opisu trasy, nie wiecie co zabrać, gdzie spać, jak się przygotować lub po prostu jesteście ciekawi zapraszam do kontaktu. Chętnie odpowiem na wszystkie pytania.

Cała trasa

Wędrówki samotne oblane są w mej pamięci jakimś szczególnym, czystym blaskiem. Są to wspomnienia niezmącone żadnym dysonansem, szereg przedziwnych zespoleń z odwiecznym duchem gór, szereg hymnów w zachwycie odśpiewanych na część wszechistnienia.

Mieczysław Karłowicz

One thought on “Mini bikepacking cz. 2 – Szczawnica – Rabka Zdrój

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *