Powrót na Czantorię

Jak pewnie wiecie Czantoria leży w Beskidzie Śląskim, jest największym wzniesieniem Pasma Czantorii, jednocześnie najwyższym szczytem granicznym między Polską a Czechami. Jeżeli odwiedziliście kiedyś Czantorię to pewnie zauważyliście, że z każdej strony wiodąca na nią droga jest usłana kamieniami i i raczej wjazd rowerem wydaje się niemożliwy. Od polskiej strony tym bardziej. Dlatego postanowiłam wjechać od strony naszych sąsiadów. Z przykrością muszę stwierdzić, że w Polsce infrastruktura rowerowa nie jest jeszcze tak rozwinięta jak w innych krajach. Często zdarza się, że są oznaczenia, za chwilę ich brak. Oczywiście nie mówię, że jest tak wszędzie, ale w wielu miejscach, które odwiedziłam przez ostatnich kilka lat tak było. Gdyby tylko ktoś chciał to dopracować.

Wracając do Czantorii…

Trasę rozpoczęłam w Cieszynie. Dalej obrzeżami Trzyńca w kierunku Oldrzychowic. Początkowo jest to nieco nudna asfaltowa trasa, ale przynajmniej pozwiedzałam okoliczne zakamarki. Po ok 17 km trasa nadal prowadzi asfaltem, ale jest to trasa rowerowa przez las z licznymi zjazdami i podjazdami bardzo atrakcyjna widokowo. Oczywiście pusto – cała dla mnie.

Długa prosta droga przez las a na horyzoncie góry beskidy

Następnie kierowałam się na Gródek. Potem zielonym szlakiem na mój pierwszy przystanek Chatę Hrádek na wysokości 630 m n.p.m. Dalej jechałam znów asfaltową dróżką na północny wschód, która jest dosyć nużąca. Po drodze jest duże wypłaszczenie, na którym znajduje się dzwonnica Św. Izydora Oracza z Madrytu.

dzwonnica Św. Izydora Oracza z Madrytu. Drewniana okrągła wiata na zielonej trawie

Na kamieniu obok dzwonnicy wyryty jest napis. Głosi, że kto dzwonem zadzwoni będzie żyć długo i spokojnie. Także uwierzcie, że nie omieszkałam wejść i troszkę podzwonić. Wokół dzwonnicy leży 12 kamieni z wyrytymi znakami zodiaku. Ruszyłam dalej. Po jakiś 10 minutach jazdy zielonym szlakiem dotarłam do zakosu drogi biegnącej z Nawsia i do rozstaju szlaków na 745 m n.p.m. Skręciłam w lewo na czerwony szlak prowadzący do Nydka. Po 1,5 godziny jazdy tylko pod górę doczekałam się zjazdu. Było to dla mnie jak zbawienie. Tym bardziej, że przede mną wjazd na Czantorię.

Rowerzysta z rowerem na zielonej trawie

W Nydku skręcam w prawo na czerwony szlak, który początkowo mnie nie zachęcił – znowu asfalt, tak wiem marudzę, ale już tak czasami mam. Wolę kamienie, korzenie i największe wertepy. Na szczęście idealnie równa droga skończyła się dosyć szybko, zmieniając się w kamienistą dróżkę. Mimo, że z reguły się często uśmiecham, kiedy widzę “kamole” na mojej drodze cieszę się jeszcze bardziej. Bardzo często zdarza się, że spotykam po drodze ludzi, którzy do mnie zagadują, pytają standardowo czy jestem sama. Hehe chyba już o tym wspominałam. Z jednej strony denerwuję się tym że zawsze słyszę to samo pytanie, dlaczego po co itd. Natomiast z drugiej strony jest to bardzo miłe. Poznałam w ten sposób wiele ciekawych osób, z którymi znajomość nie zakończyła się tylko na wymianie kilku zdań w lesie. I tym razem chwilę pogadałam z bardzo sympatycznym Czechem. Po dotarciu do skrzyżowania pod Wielką Czantorią, skręciłam w lewo na żółty szlak, prowadzący już na Czantorię. Nie ukrywam, że po drodze były momenty kiedy musiałam zejść z roweru i kląć na te moje kochane kamienie. W końcu dotarłam na szczyt. Oczywiście mnóstwo ludzi, także moja wizyta na górze nie trwała zbyt długo. Nie myślcie, że jestem jakimś dziwakiem nie lubiącym ludzi, ale nie czuję się najlepiej w dużych skupiskach. Jako drogę powrotną wybrałam zielony szlak przez Małą Czantorię. Na początku musiałam przebić się przez grupy turystów schodzących w miękkich butach szlakiem, tak aby nikogo nie staranować. Zawsze śmieszy mnie nieodpowiedzialność osób, które wybierają się w góry w nieodpowiednim obuwiu. Ale po jakimś czasie się przerzedziło i mogłam spokojnie podejmować próbę zjazdu bez gleby.

Widok na góry w jesiennych kolorach

Na rozdrożu pod Małą Czantorią skręciłam w lewo kontynuując jazdę szlakiem zielonym. w kierunku Dzięgielowa. Standardowo były momenty gdzie mój rower nie podołał presji wystających ostrych kamieni na wąskiej ścieżce. Mimo to zjazd był bardzo przyjemny.

Leeśna ścieżka w górach z licznymi kamieniami

Po drodze do Dzięgielowa przejechałam jeszcze przez górę Tuł i Rezerwat przyrody Zadni Gaj słynący z Cisa Pospolitego. Zatrzymałam się tam na chwilę posłuchać tej cudownej ciszy. Po dotarciu do Dzięgielowa jechałam już w stronę Cieszyna czerwonym szlakiem rowerowym przez liczne zjazdy i podjazdy osiedlowymi drogami. Muszę przyznać, że pierwszy raz byłam w okolicach Cieszyna i jestem pozytywnie zaskoczona. Na pewno jeszcze tu wrócę.

One thought on “Powrót na Czantorię

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *