Są takie chwile, które mają w sobie całą magię podróży – poranki w vanie. Pierwsze promienie słońca nie pytają, czy już chcę wstać. Delikatnie wślizgują się przez szybę, ogrzewają policzki i przypominają, że nowy dzień właśnie się zaczyna.

Mogę wyjść na zewnątrz w piżamie, z kubkiem kawy albo miseczką owsianki. Nieważne, czy stoję na leśnej polanie, nad górskim jeziorem, czy gdzieś zupełnie pośrodku niczego – zawsze czuję się jak w domu. Bo dom to nie ściany, tylko poczucie bezpieczeństwa i spokój, który nosisz w sobie.
W takich chwilach uczę się uważności. Zatrzymuję się, oddycham głęboko i chłonę tę prostą codzienność, która wcale nie jest taka zwyczajna. Bo przecież za chwilę słońce wzejdzie wyżej, dzień ruszy pełną parą, a magia ulotni się jak poranna mgła.
Dlatego tak bardzo lubię te momenty. Ciepło słońca, smak owsianki, cisza wokół i ja – obecna tu i teraz. To nic wielkiego, a jednak wszystko.
Pierwszy wyjazd nowym kamperem to trochę jak pierwsza randka – niby wiesz, czego się spodziewać, ale i tak ekscytacja jest ogromna. Wszystko pachnie nowością, każdy ruch wydaje się szczególny. A do tego wiosna w Austrii – zielone zbocza, drzewa, które właśnie budzą się do życia, i kontrastujące z tym jeszcze białe alpejskie szczyty w oddali. Słońce grzeje coraz mocniej, ale momentami chłodny powiew przypomina, że zima wcale nie odeszła tak dawno.

Styria
Styria to drugi co do wielkości kraj związkowy Austrii, położony w południowo-wschodniej części kraju. Jej północną część zajmują Alpy Styryjskie z pasmami takimi jak Hochschwab, Dachstein czy właśnie Fischbacher Alpen, gdzie znajduje się Stuhleck (1782 m) – najwyższy szczyt tej części Alp. Region słynie z różnorodności: od wysokogórskich panoram z ośnieżonymi szczytami, po zielone doliny, winnice i termalne źródła na południu. Dla rowerzystów Styria to prawdziwy raj – setki kilometrów szutrowych i leśnych tras MTB, sieć oznakowanych szlaków rowerowych oraz liczne podjazdy z widokami, które potrafią wynagrodzić każdy trud. Z południa Polski (np. z okolic Krakowa) można tu dojechać w około 6–7 godzin samochodem, więc to kierunek w zasięgu weekendowego wyjazdu. Czy warto? Jeśli kocha się góry, rower i przyrodę budzącą się do życia – zdecydowanie tak.
Przejechana trasa
Trasa oczywiście z polecenia Szymona – Beskidtrail.pl
Mürzzuschlag
Ruszam z Mürzzuschlag. Początek prowadzi asfaltem, spokojnie, wręcz rozgrzewkowo. Później droga zmienia się w szuter i zaczyna się to, co w górach najlepsze – każdy zakręt odkrywa nowy widok, a każdy metr w górę daje poczucie, że zostawiam codzienność coraz dalej za sobą.

Na podjeździe jest sporo miejsc, gdzie widoki wyłaniają się spomiędzy drzew.

Tak jak wspomniałam wyżej trasy i szlaki, są bardzo dobrze oznaczone, ale nie znaczy to, że można wybrać się bez mapy. To są poważne góry i nie można ich lekceważyć. Zresztą, żadnych nie można.

Wiosna w górach ma swój wyjątkowy koloryt. Soczysta zieleń młodej trawy miesza się jeszcze z lekko zżółkniętymi połaciami po zimie, które dopiero zaczynają odzyskiwać życie. Na tle błękitnego nieba bieleją alpejskie szczyty, wciąż pokryte resztkami śniegu. Ten kontrast – świeżość w dole i zimowa surowość w górze – sprawia, że każdy zakręt na trasie wygląda jak kadr z innej pory roku


Po drodze mijam jedną małą wioskę, a w zasadzie to kolonia. Raptem kilka domów, ale można też tutaj kupić ser i mleko.

Po wyjeździe ponad linię lasu krajobraz zmienia się całkowicie. Nagle przede mną pojawiają się wiatraki – rząd po rzędzie, ciągną się od Amundsenhöhe (1666 m) aż do Grazer Stuhleck (1635 m). Trochę psują górski widok, ale jednocześnie mają w sobie coś baśniowego. Ich powolny ruch sprawia, że czuję się jak w jakiejś nierealnej krainie, w której człowiek i natura muszą się dogadać na własnych zasadach.

Robię chwilę przerwy, bo warto przyjrzeć się dokładnie, przetrawić widok z każdej możliwej strony. Jest wprost przepięknie.


Po drodze jest też trochę podmokły teren, ale można przejechać po drewnianej kładce z suchą oponą.

Im bliżej szczytu, tym trudniej. Ostatnie metry podjazdu na Stuhleck (1782 m) wymagają naprawdę mocnej łydy – przyznaję, że miejscami rower prowadzę zamiast jechać. Ale wiem, że to do zrobienia, i w końcu docieram na samą górę. Stoi tu schronisko Alois-Günther-Haus, które daje chwilę wytchnienia od wiatru i okazję, by napić się kawy.

Stuhleck (1782 m)
Ten moment – cisza gór i świadomość, że udało się zdobyć kolejny szczyt – smakuje lepiej niż jakakolwiek nagroda.

Potem pozostaje już tylko nagroda w wersji MTB – zjazd. Na początku krajobraz otwiera się szeroko, a ja mam wrażenie, że jadę prosto w stronę horyzontu. To uczucie wolności, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Później trasa prowadzi czerwonym szlakiem w gęsty las. O tej porze dnia jest tu już ciemno, drzewa zasłaniają resztki słońca, a ja czuję, jak klimat zmienia się w bardziej dziki, tajemniczy. To właśnie kontrast, który lubię najbardziej – otwarte przestrzenie i zamknięty, chłodny cień lasu.

Pierwsza wyprawa nowym kamperem, pierwsza wiosenna trasa i pierwszy szczyt w Styrii. Wszystko pachnie początkiem, jakby otwierały się drzwi do nowego etapu podróży. I właśnie za to kocham takie chwile – że nawet dobrze znana droga potrafi brzmieć jak zupełnie nowa melodia, jeśli tylko słucha się jej uważnie.

Jaki ten dzień był DOBRY🙏,
Super jak postawisz kawkę


